29

 

bylo kilka momentow kiedy chcialam tu cos napisac, a jeden szczegolnie, dzien przed moimi pierwszymi takimi urodzinami, kiedy mialam powazny kryzys egzystencjalny (coz za nowosc, chcialoby sie powiedziec stalemu czytelnikowi). chcialam i nawet napisalam dluga i powazna notke. ale notke cholera ja strzelila (bylam w kafejce internetowej). najpierw kompletnie sie zalamalam (40 minut pisania z dbaloscia o kazde slowo i w wielkim skupieniu). potem stwierdzilam ze widocznie mialo to jakis wyzszy sens. poukladalam sobie troche w glowie a nie zanudzilam przy tym tych kilku czytelnikow ktorzy sie tu ostali.

inna przyczyna jest brak regularnego dostepu do netu, bez kontrolowania: jest, czy sie rozlaczylo?

a wiec podsumowujac: po raz pierwszy nie wciskalam calemu swiatu kitu, ze obchodze kolejne 18, do czego juz niektorzy zdazyli sie przyzwyczaic. stwierdzilam, ze sorry, ale przy 29 to juz by bylo malo wiarygodne ;)

po drugie musialam przejsc kolejny stres przeprowadzkowy, ba, przeprowadzilam sie 2 razy, potem tydzien mieszkajac w miejscu, gdzie temperatury sa o 10 stopni nizsze niz w miescie i nie dociera slonce, co ma jednak znaczenie w tym kraju. szczegolnie w mojej obecnej okolicy naprawde ciezko znalezc dom ktory NIE jest nasloneczniony. nie po to przyjechalam z Polski zeby marznac prawda?

poza tym smierdzialo stechlizna i rurami.

caly ten tydzien szukalimy z B mieszkania, ciagle nie wiedzac, czy szukamy dla nas dwojga, czy tylko dla mnie. oboje balismy sie zdeklarowac tak konkretnie, co dodatkowo wkurzalo mnie sama (ze ja tez nie wiem czego chce).

dokladnie w dzien urodzin powiedzialam B: czuje ze dzis znajde mieszkanie i sie przeprowadze, co B odebral najwyrazniej ambicjonalnie, i chodzilismy po miescie 8 godzin, dopoki faktycznie mieszkanie sie nie znalazlo. ba, chlop tak z wlascicielem negocjowal, ze wyszlo nieslychanie tanio... za mieszkanie w ktorym mieszkalam cale lato. ironia losu - 3 przeprowadzki po to aby wrocic na stare smieci.

ma to swoje plusy: wyrzucilam rzeczy niepotrzebne, po raz kolejny utwierdzilam sie w przekonaniu, ze grzech konsumpcjonizmu jest mi dobrze znany, i od jakiegos czasu faktycznie nie robie bezsensownych zakupow. 

poza tym tutaj czuje sie jak w domu, a o to mi - wiecznej tulajacej sie osobie - chodzilo.

wczoraj kiedy odespalismy kaca po opijaniu mieszkania i urodzin zabralismy sie do porzadkow. i - jak to ujal moj brat - wymyslamy sobie problemy kiedy jest nam za dobrze - poklocilismy sie o techniki sprzatania. boze. idioci.

ale dobrze, bo przynajmniej skonczylo sie rozmowa i dyskusja na tematy fundamentalne. na przyklad czy mieszkamy razem, czy nie. i co z tymi zaslubinami.

dzisiaj B od rana byl bardzo zamyslony. az sie balam zapytac o czym mysli (podobno to najbardziej znienawidzone pytanie kobiece, zaraz po: czy grubo wygladam). po poludniu otworzyl moje szafy i udajac, ze to nieslychanie normalne (nigdy z dziewczyna nie mieszkal) powiedzial:
- Musisz mi zrobic miejsce jak przyniose swoje rzeczy.

Ho ho ho.
A wiec jednak!

 

ps. A co do urodzin jeszcze, to smieszne, ze zostalam niemal zasypana smsami, mailami, zyczeniami na portalach spolecznosciowych i wszedzie gdzie sie dalo. Smieszne, bo jak jestem w Polsce, na wyciagniecie reki, to malo kto sie odezwie. Na odleglosc jakos bardziej mnie lubia, czy jak?

 


zmalowała make-up 2009-11-19 21:13:11
skomentuj (0)

MIASTO

 

Jestem w Mieście. I jest super, jak zwykle. Kocham Miasto, chociaż nie mogłabym w nim żyć. Za dużo ludzi, ludzie są wszędzie, a najwięcej tkwi w korkach o każdej porze dnia i nocy. No i ta sama świadomość, że jest tu 15 mln mieszkańców. 

Za to na kilkudniowy pobyt jest idealnie. Oh, tylko bym chodziła od dzielnicy do dzielnicy, oglądając te uliczki, siadając na kawie, gadając z dziewczynami, pływając promem, po prostu PASĄC OCZY widokami. Na dodatek pogoda się wspaniała zrobiła. 

W tej chwili nie potrzebuję nic więcej do szczęścia.

[Dlatego piszę o tym na blogusiu, co by zapamiętać].

 

 


zmalowała make-up 2009-11-05 22:08:34
skomentuj (0)

musze wracać

 

fajnie, fajnie. jazdy autem, cuda wianki. wczoraj rewelacyjna impreza, z udzialem wszystkich znajomych. stawili sie w skladzie pelnym. jak zwykle bylo tak jak zwykle. a zakonczylo sie szalonymi tancami.

podoba mi sie, ze wyjscia z moja polska ekipa sa dalekie od jakiegos lansu. to takie zwykle pubowanie, a nie szukanie najmodniejszego klubu. liczy sie tanie piwo i duzy stol, przy ktorym wszyscy sie zmieszcza. wszyscy ubieraja sie normalnie i wygodnie, a nie odpieprzaja sie jak na sylwestra. i to nie oznacza nudy: lubie to przekrzykiwanie sie, smiechy z glupich dowcipow, opowiesci i historie, ryczenie do muzyki, a w koncu dzikie tance wlasnie. nikt inny nie bawi sie tak jak my :)

tak, wiem, zachwycam sie tym za kazdym razem jak tu jestem. i dobrze. bo wlasnie po to tu jestem, m.in.
i gdybym byla tu dluzej to pewnie bym juz miala dosc. a tak - idealnie.

no i cos jeszcze. musze juz wracac. musze wracac. raz, ze zaczelam czuc silna tesknote. wczesniej nic - za bardzo mnie pochlanialo to cale oswajanie sie z Polska, zalatwianie spraw. teraz juz po prostu tesknie, tak bardzo biologicznie, fizycznie, ale i nie tylko.

z perspektywy odleglosci, z tej mojej domowej polskiej perspektywy widze rozne rzeczy inaczej, i dlatego musze wracac. trzeba bedzie znow przerobic te slynne rozmowy, ktore zaczynaja sie od slow: Musimy pogadac. bo musimy.

trzeba sie zdecydowac po prostu, czy ku czemus zmierzamy, czy po prostu, jak mowili w filmie, patrzymy i przygladamy sie na siebie. dla mnie przygladanie sie i po prostu dryfowanie jest OK, ja tez sie boje i asekuruje, dla mnie tez na pewne rzeczy jest za wczesnie. chodzi mi nie o wymuszanie na facecie deklaracji, obietnic, obraczek i konkretnych planow wpisanych w grafik. 
chce po prostu rownowagi. niech obie strony wiedza, co obie strony mysla. nie chce sie sparzyc, nie chce potem plakac. nie chce mieszkac z kims jak maz z zona przez kilka lat, by potem dowiedziec sie, ze jednak mielismy rozne zamiary. troche za duzo znajomych par sie ostatnio rozpada; trzeba patrzec, myslec, i wyciagac wnioski. 

sadze ze ostatnio po prostu narobilismy nam w kwestii tych najprostszych i najwazniejszych rozmow zaleglosci. niczyja wina; po prostu malo bylo czasu.

no a teraz bedzie.
i dlatego musze wracac.

 


zmalowała make-up 2009-10-31 23:29:36
skomentuj (0)

tak to zwykle bywa

 

jesli naprawde zdobede prawo jazdy, to bedzie znaczylo, ze naprawde mozna wszystko.

cos podobnego: wczoraj trzeslam sie na same slowa "ruch drogowy" (od lat balam sie wyjechac na droge chocby rowerem, za wyjatkiem Kopenhagi, ale tam tez sie balam). balam sie innych pojazdow. uwazalam, ze po prostu do prowadzenia auta sie nie nadaje. i koniec.

dzis, po 2 jazdach, kiedy przejechalam rondo, kilka skrzyzowan z tramwajami i autobusami, wjechalam tu i tam, zaczynam rozumiec, ze to WCALE NIE JEST TAKIE TRUDNE. o w morde.

tak jakby mi sie swiatopoglad wywrocil do gory nogami.

iii-ha. nie powiem. mam ochote teraz wsiadac do auta i cwiczyc, cwiczyc, cwiczyc. w zyciu bym siebie o to nie podejrzewala.
to ci niespodzianka.

trzeba to dzis oblac solidnym piwskiem.

 

 


zmalowała make-up 2009-10-30 17:08:55
skomentuj (0)

power full

Widzę, że się rozkręciłam. Przyleciałam w środę, kilka dni po prostu przestawiałam się na wszystko nic nie robiąc, musiałam odespać, przyzwyczaić się do temperatur, umyć, uczesać (strasznie męczące, nie lubię się myć jesienią i zimą), ale teraz? Normalnie jak taran jestem. Spotykam się ze znajomymi, latam po mieście, kupuję nowego kompa, robię porządki na półkach, rezerwuję bilety lotnicze, robię plany na podróż jak już wrócę do T, zaopatruję się w księgarniach, i w ogóle. Normalnie siebie nie poznaję. Aha, i myślę już o ciągu dalszym, czyli np. o Sylwestrze (tak normalnie nie myślałabym o nim tak wcześnie, problem, że nie wiem w jakim kraju zamierzam go spędzić, a to dość kluczowa kwestia - teraz bilety tanie, a potem będzie bez sensu). 

I tak dalej.

Aha, no i najważniejsze: skruszona poszłam do mojej szkoły jazdy, którą tak nieładnie zaniedbałam wiosną, obiecałam poprawę, i zapisałam się (kolejny raz) na dwie pierwsze jazdy: dziś i jutro. Ciąg dalszy przed świętami. Mam teraz (właśnie w tej chwili) kolejny moment zawahania: no przelewać im te pieniądze, czy nie? Przelać - żeby już klamka zapadła, i nie było odwrotu?

  No właściwie to tak. Właściwie to robię sobie wizualizacje pt. ja i samochód firmowy (który dostanę na 100%). Np. breloczek. Np. muzyka w aucie. Np. rozwiewające się włosy. Np. rzucana od niechcenia na tylne siedzenie ciężka torba, której już więcej nie muszę nosić. Np. koniec z poceniem się do cna spacerując od punktu A do punktu B. Np. weekendowe wycieczki za miasto. I tak dalej.  

Tak, tak.

  Zrobię ten przelew. Już tyle schiz z samej siebie wykorzeniłam, pora na jedną z ostatnich i najważniejszych - schiza samochodowa. Zrobię kilka kolejnych testów egzaminacyjnych, zeby zobaczyc jakie są znaki, a potem - myk - przelew :) Już za momencik. I nie będzie odwrotu. 

 


zmalowała make-up 2009-10-29 12:17:07
skomentuj (0)

NA NOWYM

 

mam nowy komputer. caly sie blyszczy. a szybki jak torpeda. i wszystkie zdjecia sie mieszcza! w stosunku do mojego starego to jest naprawde cala epoka.  z drugiej strony, jak to ja, na pewno uronie lezke nad moim starym komputerem, jak juz go wystawie a potem sprzedam na jakiejs aukcji. lepiej, jakby trafil w rece znajomych, ale czasy takie, ze wszyscy znajomi maja juz swoj sprzet, i to jeszcze bardziej blyszczacy od mojego.

w kazdym razie siedze przed tym nowym (tej samej marki co stary wiec nie czuje sie jak wyrodna matka), i go rozkminiam, a idzie mi to niesamowicie i fajnie. podoba sie znaczy. bedzie dodatkowa motywacja do pracy.

jakiej pracy. no wiecie, jakiej. w koncu na grudzien ustalilysmy sobie z kolezanka deadline i mamy go wreszcie osiagnac, bo naprawde to juz bedziemy dead. nie ma ze boli. trzeba pracowac.

a propos, musze sie wreszcie przestawic na to inne myslenie. ze moja praca nie jest, kiedy ma byc zrobiona. inaczej nie wyzyje. widze, ze musze sie nauczyc sama mobilizowac. chcialam miec tworcze zajecie, to mam. dyscyplina, kolezanko a nie ciagla budyniowata rozlazlosc. jedyne co mi jak dotad wychodzilo to regularne notki na blogu. a to pikus tylko.

ale ludzie, uwierzcie, ciezkie to jak cholera. z drugiej strony wiem, ze od zawsze tylko tak chcialam, i o tym marzylam. jestem juz bardzo blisko, tylko kopa w dupe sama sobie powinnam. 
jeszcze te porzadki zrobie w komputerze nowym, wszystkie foldery, rzeczy do zrobienia, zolte karteczki. i bedzie jasne.


a co do mojego pobytu w Ojczyznie: kilka dni elegancko przesiedzialam w domu, jak len wzorcowy. taka karma najwyrazniej. teraz zbieram sie w kupe, i jutro bujac sie bede po miescie, zalatwiajac sprawy i odbywajac spotkania biznesowe, insallah. a potem, w nagrode, towarzyskie.

i tej opcji sie trzymajmy.

 


zmalowała make-up 2009-10-25 20:45:38
skomentuj (0)

nowy dom, stary dom


z każdym wyjazdem i każdym powrotem mam wrażenie że się zmieniam. i to w kierunku uspokojenia się. dobrze, ze B zainwestowal we mnie i nie odszedl, jak mu i sobie krecilam jakies tzw. chore jazdy rok temu. madry z niego facet, wiedzial, ze zmadrzeje. przeszlam ten etap i teraz jestem znow sama sobą. jakie to mile i przyjemne. 

na przyklad ustalilismy sobie formy kontaktu na czas rozlaki - i one mi wystarczaja. po pierwsze, wiem ze to krotko. po drugie, ustalilismy wlasnie. nie siedze jak ostatni cep przed komputerem czekajac, kiedy go zobacze online i panikujac, ze pewnie juz o mnie zapomnial. rany, ja sie naprawde zmienilam :)

i tak dalej.

a w Polsce zimno i buro. mam nadzieje, ze jak przyjade na swieta, to bedzie snieg, teraz to tak nie bardzo jest. troche nawet zaluje, ze przyjechalam na tak dlugo (cale 2 tygodnie), bo marzne nieustannie, a z domu wychodzic sie nie chce.

poza tym odezwal sie bardzo maly procent znajomych. pierwszy raz tak maly. pewnie mysla, ze mam ich w nosie. albo po prostu kompletnie o mnie zapomnieli. moze wiec i dobrze, ze urodziny spedze w T. nie bedzie zadnej wymuszanej urodzinowej imprezy, na ktora wszystkich zapraszam, a oni sie spozniaja.

za to ci, co sie odezwali, to hejho. dla nich warto bylo tu przyjechac. dla rodziny.

no i dla kota, ktory najpierw sie na mnie genialnie obrazil (jak zwykle) a teraz co noc spi w moim lozku, mruczy juz na sam moj widok, i ogolnie jest miekki, mily i inteligentnie milczacy jak tylko kot potrafi byc. uwielbiam koty, po prostu uwielbiam.

 


zmalowała make-up 2009-10-23 12:19:17
skomentuj (0)

rozmyślania podczas pakowania

 

niestety nastąpiło nieuniknione i choć oddalałam ten moment w czasie MUSZĘ się jednak spakować. przy czym pakowanie to pierwszy raz w historii moich podróży do T wygląda inaczej. bo pierwszy raz wyjezdzam z malutkim bagazem niemalze podrecznym, a zostawiam 2 walizki ubran, naczyn, butow, kosmetykow i innych sprzetow domowych. 

troche mnie to wszystko przeraza. ta zmiana konfiguracji.

ba, mowiac szczerze jestem zcykana jak kawal galaretki.

niby wiem, ze nic nie jest na zawsze, to tylko taka proba - jade do PL, wroce, wkraczam do nowego mieszkania, oplacam z gory caly czynsz na 6 miesiecy (taka jest umowa), i mieszkam. tak, mowie sobie, ze to tylko taka proba, zeby sie uspokoic. boje sie, ze psychicznie mnie to wszystko przerosnie. 

prawdopodobnie panikuje na zapas. na pewno.

dobrze, ze dopiero teraz. mozna to zwalic na reisefieber, mozna to zwalic na nagle zwiekszona ilosc czasu wolnego. nikt nie powie, ze wyolbrzymiam.

zreszta obiektywnie jest to nielatwy moment - nie kazdego stac na to, by sie po prostu przeprowadzic do innego kraju. pocieszam sie, ze niektorzy maja dalej - na przyklad do hameryki. ja mam jedyne 3 godziny z poznania do berlina i potem 3 godziny lotu. i potem jeszcze 2 godziny z lotniska do miasta. w sumie prawie tyle co niektorzy pociagiem z jednego miasta w Polsce do drugiego.

tak sie pocieszam.

jak to sie wszystko stalo, ze tu trafilam? ze tu rozmawiam, z nimi, z nim, i wszystko rozumiem. a oni rozumieja mnie. jak to sie stalo, ze mam juz swoje kupione tutaj kubeczki, miseczki, talerzyki - ktore pielgrzymuja ze mna co sezon z mieszkania do mieszkania - i ze wreszcie spoczna na przypuszczalnie caly rok (rok! rok!! czy kiedykolwiek robilam tak dlugie plany: na rok?!) w jednym miejscu.

nie wierze. po prostu nie wierze.

jestem cholernie szczesliwa, oczywiscie, inaczej bym nie byla taka pewna tego co robie. ale sama swiadomosc: ze jestem pewna, ze jestem szczesliwa, ze chce to ciagnac dalej, by zobaczyc, co bedzie potem i potem - to wszystko jest dla mnie kompletnie nie do pojecia.

dlatego musiałam znow troche tu pobazgrac, no.

 


zmalowała make-up 2009-10-19 18:04:59
skomentuj (0)

o byciu tam i o byciu tu

 

po tej poprzedniej optymistycznej notce wrocilam z biura do domu, usiadlam na kanapie i stwierdzilam, ze jestem sama. ze nie mam co robic. zadzwonilam do B, poszlam do niego do pracy, ale byla tam akurat czesc jego rodziny zafrapowana powaznymi rozmowami wiec czulam sie jak piate kolo u wozu, i po jakims czasie poszlam - B nie oponowal. 

znow spacerowalam po miescie. zadzwonilam do kolezanki, ktora byla tu, a teraz jest daleko - nie pomoglo. mam wrazenie, ze przez ten rok bardzo przyzwyczailam sie do obecnosci innych ludzi wokol siebie. nie tak, zeby byli obok 24/7, ale do tej swiadomosci, ze jakby cos - to jest z kim wyjsc chocby na glupia kawe, albo po prostu sie przejsc, pogadac, zmarnowac wspolnie troche czasu. o ile wczesniej cenna dla mnie byla samotnosc, teraz naprawde lubie bycie z innymi, czerpie z tego wielkie ilosci energii.

teraz za to, kiedy sezon sie skonczyl i wszyscy mniej lub bardziej zaprzyjaznieni wyjechali, zostal mi tylko B. 
oraz znajomi, z ktorymi nie czuje sie naturalnie, i nie bede spotykac na sile.

no i niestety, pomyslalam: o w morde, i tak ma byc cala zime? umre z nudow i tej samotnej pustki. przeciez B nie bedzie ze mna caly czas, zreszta nie byloby to normalne...

a potem na sile zaczelam sie otrzezwiac. wyszlo z tego otrzezwiania, ze tak naprawde idealizuje Polske, a na sile demonizuje bycie tutaj. i odwrotnie - tak, klasycznie punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia, w kazdym razie zawsze jest "nie tak".

jesli sie przyjrzec "na zimno", to w PL tez nie spotykalam sie z ludzmi codziennie, bo wszyscy mieli swoje obowiazki. z powodu zimna i blotnistej drogi do miasta wychodzilam do pubu raz na tydzien albo i rzadziej. w ciagu dnia leniuchowalam przed tv lub komputerem, albo wybieralam sie do kina czy na spacer. raz na jakis czas wpadalo cos extra - typu koncert czy spotkanie z kochana czescia rodziny.
tutaj, w T, poniewaz "jestem w T", nakladam na siebie inne wymagania. wydaje mi sie, ze jak wszyscy turysci zachwycaja sie moim miastem, to ja musze miec cos do roboty codziennie - no bo jak to, byc i nie korzystac? wstyd.
a przeciez to juz nie wakacje, tylko normalne zycie. musze sie po prostu dobrze zadomowic w moim nowym mieszkaniu, zgromadzic ksiazki, ktore zawsze chcialam przeczytac, filmy, ktore chcialam obejrzec. teksty, ktore chcialam napisac. chce sie nauczyc gotowac - prosze bardzo, bedzie na to czas. i co z tego, ze zjem to potem sama - a moze wcale nie? poza tym jest kilka dziewczyn stad, ktore jakos dziwnym trafem po prostu chca sie ze mna zaprzyjaznic - na to wyglada.

na pewno nie mam watpliwosci ze chce tu byc - tak, uporczywie chce sprobowac tu pomieszkac, wlasnie z ta cala zimowa nuda. podsumowujac caly moj pobyt tutaj, duzo lepiej robi dla mnie i mojego otoczenia, kiedy jestem tu, a do Polski przyjezdzam na wakacje. rodzina i przyjaciele nie zdaza sie na mnie wkurzyc, a z kolei ja nie zdaze sie nimi znudzic. poza tym jest chlop, a chlop to sprawa niezwykle wazna dla ogolnego zdrowia i samopoczucia psychofizycznego, prawda? no i ta ilosc slonca. depresje znikaja kazdego ranka (jesli sie czasem pojawiaja po zapadnieciu zmroku). lepiej sie odzywiam, bardziej o siebie dbam. i tak dalej, i tak dalej.

wiec bilans jest nadal na korzysc TU.

musze tylko wbic sobie do zakutego lba, ze kiedy uwazam, ze nie mam tu do roboty nic ciekawego, jest to dokladnie ta sama sytuacja, jak nie miec do roboty nic ciekawego w Polsce. w obu przypadkach jest to tylko i wylacznie moja wina, i tylko ja, do jasnej cholery, moge to zmienic.

 


zmalowała make-up 2009-10-16 20:17:30
skomentuj (2)

ŻEBY NIE WYTRACIĆ SZYBKOŚCI

 

co prawda siąkam nosem, ciągle się przeziębiam, po lekkim dotknięciu mam na skórze szramy i ranki, jestem wrażliwa i szybko się męczę, ale perspektywa rychłego zakończenia lub osłabienia terapii ładuje mnie pozytywnie. początkowa depresja w sierpniu, kiedy zaczynałam się "truć" ustała - chyba była wywołana bardziej stresem, że biorę prochy, niż samymi prochami. od tego czasu trzymam się nieźle.
widzę też, że po prostu przestałam się zamartwiać - na pewno bardzo mi pomagają sukcesy w pracy. między innymi zwycięski pojedynek ze starszą i zazdrosną podwładną, zwycięski, bo nie straciłam godności, nie wdałam się w gierki osobiste, po prostu robiłam swoje i uznałam, że efekty naszej pracy są wazniejsze od przeciągania szali na swoją stronę. jestem w związku z tym zajebiście dumna z siebie.

poza tym jest też B. dałam mu do zrozumienia ostatnio, że te deklaracje i plany, z których się raczkiem wycofał (albo po prostu jak to mówią w Poznaniu, scykał się), ja i tak uznaję za ważne. i że nie przejmuję się - bo tak faktycznie jest. wystarczył mi tak naprawdę sam jego moment "słabości", sam fakt, że coś takiego jak legalny i oficjalny związek ze mną przeszło mu przez myśl. od razu (głupie są baby, wiem) nabrałam większej pewności. kompleksy fruwają sobie gdzieś daleeeko da mną - prawie ich nie widzę i nie czuję. 

za kilka dni kończę pracę i lecę do Polski. DO POLSKI! Nie zostaję tu dłużej, po to by nie wytracić szybkości. Nie chcę robić sobie jakichś "wakacji", bo te udało mi się poczuć podczas odwiedzin brata i przyjaciół. Nie chcę stać się bierna, nie chcę spać do południa, nie chcę nie robić nic. A wiem, że tak by było, gdybym tu teraz została.

Lecę do PL na 2 tygodnie, też ilość odpowiednia - żeby zdążyć pozałatwiać sprawy, nacieszyć się znajomym ukochanym światem i ludzmi, i to wbrew pogodzie (jestem zbyt naładowana słońcem, żeby przejmować się zimnem w PL). Nie zostanę dłużej z tego samego powodu: żeby nie wytracić szybkości, żeby moje bycie w domu nie stało się spaniem do południa, bezczynnością, lenistwem, godzinami przed kompem. 

A potem wracam tu - przez Miasto - podróżując z koleżankami i - oby - pracować dorywczo w zawodzie i poza. Nawet to mieszkanie, które będę wynajmować, oficjalnie wynajmuję sama. B. najwyżej się dołoży. Tak jest mi dobrze. Na małżeńskie relacje jest wg mnie nadal za wcześnie.
Będę uczyć się gotować (mam na to straszną chrapkę). Realizować wszystkie moje założenia. Cały czas nie wytracając prędkości, nie marnując czasu, żyć przyjemnie, ale nie nudno - szkoda by było po prostu. Już dość czasu zmarnowałam.

 


zmalowała make-up 2009-10-16 10:54:28
skomentuj (1)

TEORIA A PRAKTYKA

 

oczywiscie po tych pseudo oswiadczynach wpadlam niechcacy w tryb: o rany to ja chce pierscionek i w ogole o jezu jak to sie wszystko stalo. a powinnam oczywiscie zyc normalnie jakby nigdy nic. bo wszystko jest nadal jakby nigdy nic. rozmowa wtedy zostala przelozona na "po swietach". i juz jest dawno po swietach, ale my nie mamy czasu pogadac. kiedy sie spotykamy, oboje jestesmy zbyt padnieci - tylko dialogi o ostatnich wydarzeniach w pracy, kolacja, tv i do wyra. mowiac krotko no po prostu nie ma przestrzeni na powazne tematy.

a ja juz bym chciala zeby bylo cos wiecej jasne. tym bardziej ze nikt mi sie wczesniej nie oswiadczal. i w ogole sie nie deklarowal. i to tak sam z siebie! trudno sie dziwic, ze nieco sie przejelam.

nieco.

 

tymczasem tydzien w tydzien mamy najazdy z Polski. a to przyjaciolka od dziecinnych czasow, ktora wreszcie moglam zobaczyc tutaj, w moim nowym srodowisku, i stwierdzic, ze nic sie miedzy nami nie zmienilo. a to inni znajomi. a to mama, ktora tez juz kocha to miejsce i bycie tu a wrecz uczy sie lokalnego jezyka, co mnie osobiscie powalilo i zauroczylo. a to wlasnie w drodze brat i przyjaciele. duzo jest tego dobra w tym roku.

i jeszcze w nagrode po calym polroczu bez internetu w domu, wyszlam sobie na balkon, ot tak, i prosze - zlapalo!

za 2 tygodnie bede juz miala wakacje.
za 3 tygodnie brat B sie zeni.
a ja nie wiem kiedy jade do Polski, gdzie bede mieszkac tutaj, w T, w zimie, i tak dalej. wielki znak zapytania.
a mimo wszystko jestem jakas taka spokojna.

moze to dlatego, ze jako ekspert wypowiedzialam sie w pewnym DUZYM TYGODNIKU ogolnopolskim. znajomi juz rechocza, ze mam szybko podpisywac moje zdjecia, ktore potem sprzedadza na allegro.

ale tak na serio -  cale to zamieszanie zwiazane z krajem na T. odmienilo moje zycie raz na zawsze. i czuje sie z tym naprawde niezle.

 


zmalowała make-up 2009-10-07 12:47:48
skomentuj (3)

ŚRODA, 16 wrzesnia

 

W środę w ciągu dnia przyszedł B. Zmęczony po pracy, padł na łóżko i zasnął, a ja zwinęłam się w kłębek obok, uśmiechając do swoich myśli. Takie momenty można by pakować w buteleczki jako esencję szczęścia, a potem co jakiś czas otwierać, i się nimi upajać. Po kilkunastominutowej drzemce B leniwie otwiera oczy. Chwyta mnie za rękę.

- Wiesz, skoro podjęłaś decyzję, że tu zostaniesz na zimę - mówi - to może byśmy mogli się zaręczyć*?

*Właściwie to nie dokładnie tak to powiedział, temat jest dłuższy i bardziej złożony. Ale... [pisk pisk pisk].

A najlepsze jest to, że ja nie mam kompletnie żadnych wątpliwości. Z drugiej strony nie oszalałam nagle. Mam wrażenie że tak po prostu ma być, że to jest najbardziej naturalne na świecie. No więc oczywiście... nie, nie odmówiłam ;)


zmalowała make-up 2009-09-20 17:25:28
skomentuj (3)

Z SERII: MAKE UP WYZNAJE

 

nie, nie będzie o depilacji woskiem ;)

tak się jakoś złożyło, że znalazł mi się na podorędziu obiekt adoracji. adoracji w sensie dosłownym: nie skażonej sensem cielesnym, fizycznym, prostymi popędami. po prostu platoniczne, niewinne, czyste i nieszkodliwe zauroczenie. ba! obiekt jest 8 lat młodszy, i zauroczył się we mnie chyba w podobny sposób. bo przecież on też kogoś ma, oboje jesteśmy w swoich związkach niezwykle szczęśliwi. to zauroczenie to coś innego. wiadomo, że tylko platoniczne, trochę coś w rodzaju kumpelstwa, może bardziej wrażliwego, delikatnego. to nie taki kumpel, co wali po plecach, żeby spytać co słychać. jak się pojawia, to wiadomo, że ja, jak kompletny dzieciak, spłonę po czubki uszu. a sama wolę nie myśleć, jak on reaguje na mnie. w każdym razie - coś na pewno jest na tak zwanej rzeczy.

i tak zostanie, zresztą za dni parę pewnie rozpłynie się w przeszłość, ale... póki jest, niech będzie. ba, nie uważam tego za cokolwiek złego. ani nie-fair wobec B. nie można tego porównywać do zdrady. zdrada jest za poważną sprawą w stosunku do tego, co zawiera się w moich okrzykach do samej siebie: "Iiiiiiiiiiiii! Ależ on słoooodki!" z takim czyms nie mozna by w ogole myslec o jakiejs randce, zdradzie, pocalunku - nie miesci mi sie to w ogole w glowie. zdecydowanym i niezmiennym numerem 1 jest B. 

a ten "slodki" hmmmm... po pierwsze uswiadamia mi, ze nie wiedziec dlaczego zawsze podobalam sie mlodszym - i jak widac to sie nie zmienilo. po drugie wyzwala endorfiny, ktorych ostatnio mi - pochlonietej walkami z choroba i praca - brakowalo. a po trzecie wzbudzilo wspomnienia pierwszych "wyzwolen endorfin" z B. o czym nie omieszkalam takze i jemu - B - przypomniec. 

usmiechy na twarzach na wspomnienie tych glupich, smiesznych, romantycznych poczatkow. bang! bang! milosc to sila!

 

ps. z zupelnie innej beczki:

mowia mi, ze jestem w pewnych kregach popularna, co traktowalam zawsze z duza doza dystansu. inaczej: robilam sobie z tego jaja. a wczoraj... podchodzi do mnie dziewczyna. "ty jestes S prawda? chcialam powiedziec, ze jestes super, czytam twoja strone" - i tak dalej. brakowalo, zebym zlozyla autograf na jej piersi. aaaaaaaaaaa!

 


zmalowała make-up 2009-09-12 14:11:45
skomentuj (2)

3 tygodnie

 

Od 3 tygodni jestem chora. Dawno nie mialam takiej choroby. kiedy juz wychodze na prosta - bum - znow nawrot kataru, goraczki i ogolnego rozbicia. Wiec sie oszczedzam, leze w lozeczku i tak dalej. Ale to najwyrazniej nie wystarcza.
Wczoraj znow lekarz - tym razem antybiotyk, potem w domu parowka z rumianku, kremy, masci na nos (juz mi prawie odpadl), grube ubrania (na dworze 30 stopni a ja w apaszce na szyje, dlugich spodniach i rekawie, zeby sie wypocic). Wygladalam zjawiskowo.

A na to wszystko 7. seria "Przyjaciol" i potem kojacy sen. 10 godzin kojacego snu.

Rano bylam jak nowa i moglam leciec do pracy. Bedzie dobrze - przezyje...

juz przeciez tylko wrzesien i pazdziernik zostal...

 


zmalowała make-up 2009-09-03 17:46:06
skomentuj (1)

etapy dorastania

 

no ja wiem, ze jestem opozniona w rozwoju emocjonalnym. wszystko pozno: chlopaki pozno, zycie towarzyskie pozno, normalne myslenie o sobie i o zyciu pozno, wzrost samooceny pozno. nawet pozno sie gotowac ucze, korzystac z zycia, nosic krotkie spodniczki i spodenki. 

a jednak ciagle to sie jeszcze nie dokonalo. mam wrazenie ze ciagle dorastam, ze ciagle tylko pretenduje do bycia niezalezna samodzielna jednostka, a jak przyjdzie co do czego, to szlocham, nie wiem co robic, i ogolnie jestem jak dziecko. 

i tak jest co jakis czas, kiedy przyjdzie mi zmierzyc sie z jakas decyzja. zanim ja podejme, mecze sie i placze, bo boli mnie sam fakt, ze musze decyzje podjac. i ze jestem sama za to odpowiedzialna. potem jak ja podejmuje, to musze sie wyzalic wszystkim najblizszym wtajemniczonym w sprawe. a i tak nadal jest zle, jakbym nie moga zniesc, ze jestem wolnym czlowiekiem, i ze pora dorosnac, do jasnej choinki. 

a po czasie okazuje sie, ze calkiem madra ze mnie dziewczynka, ze robi tak a nie inaczej. albo ze glupia decyzje i tak sie przekulo w dobre efekty.

znowu mam ten problem. mentalnie juz PODJELAM decyzje, ze w zimie chce sprobowac tu pomieszkac. to znaczy: w sposob dojrzaly wynajac mieszkanie, rozpakowac szmaty, gotowac obiadki, prac, prasowac i radzic sobie z organizacja dnia. nie zapuszczac sie. nie godzic sie na studenckie zycie do 40-tki. po prostu zrobic cos samodzielnie i sama za to zaplacic.

a to, ze to inny kraj, i ze glownym powodem jest mezczyzna? no kurde, i o to sie to rozbija. boje sie, ze jakby co, to zostane sama w tym innym kraju. ze moze jednak to pomylka. ze moze jednak nic z tego. boje sie na zapas, jak to mi wczoraj powiedzial B, kiedy wyrzucilam z siebie wszystkie obawy. konkretnie podszedl do sprawy; ja to jednak jestem duzo bardziej sklonna do paniki i wyolbrzymiania. no wiem, wiem. i wiem, ze te moje powody do paniki wcale takie powazne nie sa.

w koncu kiedys trzeba dorosnac. jak sie nie uda, zwine manatki i wroce do Polski. oj moj boze. pierwszy to raz zwijalabym manatki by uciec?
nie.
no wlasnie.

a na to wszystko naklada sie moje przeziebienie, ktore dopadlo mnie przy 40 stopniach w cieniu, i terapia silnymi lekami, ktore sprawiaja, ze wszystko nabiera szaro-czarnych barw.
moze po prostu powinnam wyluzowac.
to zawsze pomaga.

 


zmalowała make-up 2009-08-19 17:12:15
skomentuj (2)

dział promocji
stary blog archiwalnie 10.2003 - 11.2004
pstrykam niekiedy obrazki
blog drugi w sprawie kraju na T
hasło do archiwum wystarczy napisać
kopertka privatnie
poggadanki gg?

czytuję
pracuję nad tą kategorią ...