| make-up blog |
::archiwum egzystencji:: 2010 luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień lipiec marzec 2003 październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad |
niestabilnie
teraz myślę sobie, że od związku do rozstania jest bardzo blisko. jedyne co nas czasem powstrzymuje to strach: przed nagłą utratą kogoś dotąd obecnego w naszym życiu codziennie, kogoś, z kim zżyliśmy się tak jak z nikim innym na świecie. przed pustką: bo co, znikną jego rzeczy, zniknie jego skarpetkowy bałagan, znikną rozmowy z nim, wspólnie spędzany czas, gotowanie, nauka angielskiego? wszystko to stało się tak bardzo znajome, nawet jego wady - szczególnie jego wady - i tak oswojone. czasami, myślę sobie właśnie, nie zrywamy tylko z tchórzostwa. i w akcie samoobrony - bo przecież wiadomo, że będziemy cierpieć. i to bardzo. będziemy rwać włosy z głowy, przestaniemy sypiać, zaczniemy palić papierosy i pić duże ilości wina, przytyjemy, zaniedbamy się. będziemy popadać w dawno już nie praktykowane pogrążanie się, zapuszczanie, jeden wielki syf. mnie bycie z kimś po prostu przeraża. z czasem przekonuję się, że jestem trwale (?) skażona, zrażona, zniechęcona. nie chcę mieć męża i dzieci, nie chcę, bo jestem niemalże pewna, że to równia pochyła. i że potem będę cierpieć dużo bardziej niż teraz przy rozstaniu, potem - czyli wtedy, kiedy na przykład on rzuci mnie dla młodszej lasencji o dużo bardziej błyszczących włosach. asekuruję się na zapas - mój boże, nie tylko moi rodzice się rozwiedli. mój boże, nie tylko w moim otoczeniu 50-latkowie sypiają z dziewczynami w moim wieku i poznają ich rodziców. ja i tak mam dobrze: mieszkam sobie za granicą, mam 14 stopni na plusie w środku zimy, jakoś tam (lepiej lub gorzej) przędę. mam kochającą rodzinę i paru wypróbowanych przyjaciół. jestem zdrowa i sprawna. więc, koleżanko, bez przesady.
***
ale i tak jestem niemal pewna, że dla mnie ideałem życia (dla mnie, powtarzam) jest pojedynczość. osobność, samowystarczalność. nie chcę nikomu ufać, bo nie chcę się sparzyć.
za mną i B. ponad 1,5 roku związku. dla mnie to niesłychanie dużo, i strach pomyśleć: co dalej? i, choć brzmi to fatalnie, nie jestem pewna, czy ja będę umiała... i chciała - z tym żyć. i mimo tego. mimo że jestem tak szczęśliwa teraz, że to szczęście niemal się czasami ze mnie uszami wylewa, mimo, że B podczas wspólnego mieszkania zachowuje się po prostu fantastycznie, jest mi kochankiem, przyjacielem, powiernikiem, partnerem, kumplem od wygłupów, to ja już się martwię, co będzie później. bo TERAZ, to jest "tylko" teraz. i nie wiem. koleżanka mi powiedziała, że moje myślenie nie jest zdrowe. i pewnie ma rację.
zmalowała make-up 2010-02-07 14:53:15 skomentuj (2) mówienie przez sen
Wstydzę się mówić, że kocham. A jak już mówię do kogoś, kogo kocham, to staram się mówić pięknie. To odnośnie wspaniałego wywiadu z Miodkiem w "Męskiej Muzyce" (uwielbiam te rozmowy z mężczyznami). Zresztą nie tylko odnośnie genialnego Miodka. Ale także Wittensteine'a, którego uwielbiam (Granice mojego języka są granicami mojego świata). Jak ktoś mówi o swoim facecie "stary" to w pewien sposób tworzy z niego takiego właśnie "starego". Tak samo z mówieniem o dziewczynie "dupa". ble. Ja ostatnio mówię "mąż". Ale tylko wtedy jak nie słyszy. A on zdaje się "żona" (kiedyś przypadkiem podsłyszałam). Uważam że takie słowa, że się kocha, to są po prostu święte. Trzeba je sobie dozować, nie mówić codziennie (bo po co?). Wystarczy że się WIE. A kiedy się usłyszy raz na ruski rok, to wtedy człowiek cały aż dygocze ze szczęścia i skacze pod sufit przez tydzień. To jest moc wtedy, MOC, ludzie. No i dzisiaj w nocy przewracając się z boku na bok, na wpół świadoma, a raczej na wpół senna, powiedziałam tak po prostu, nawet nie wiedząc czy śpi, po prostu wystarczy, że był obok, a ja spałam przecież, że go kocham. I fakt, że to powiedziałam, od razu mnie obudził. Po prostu zadrżałam, normalnie. Bo to takie wielkie słowa, a się wymknęły przy przewracaniu z boku na bok, jakby wysypały ze mnie. A ponieważ nadal na wpół senna byłam, postanowiłam w ten sen uciec. On, jak się okazało, nie spał. Zapytał "Co mówisz?" - bo przez sen to się jednak mówi niewyraźnie, nawet takie wielkie słowa, jak te. A ja już, rozdygotana, odpływałam w nieświadomość. I nie pamiętam, czy powtórzyłam, czy nie. Ale on chyba się pokapował. Rozmowa rano, jak gdyby nigdy nic:
Ja: Mam wrażenie, że w nocy coś gadałam. Mówiłam przez sen?
A potem mnie całuje tak wiecie, tak z sercem.
zmalowała make-up 2010-01-30 15:17:50 skomentuj (3) potyczki kury domowej
właśnie zbiłam talerzyk. tak.
jestem kurą domową. zresztą kogut domowy też się realizuje obok. kulinarnie poczyna sobie lepiej ode mnie. a to pilaw z kasztanami, a to mięcho (sprytnie przyrządzone, że nawet zjadam), a to inne cudeńka lokalne. ja za to jestem lepsza w kuchni tzw. włoskiej i parzeniu herbaty. i w sprzątaniu. i tak, kogut i kura, ideal couple, pod jednym dachem. ogólnie rzecz biorąc - masakra. jakby to określić słowem z mojego własnego słownika. dzieją się przecież, proszę państwa, rzeczy nie do pomyślenia. na szczęście coś mnie jeszcze trzyma w pionie - totalne zawieszenie tego związku w próżni. ani ślub, ani dzieciak, ani nawet zaręczyny. chciałabym, żeby to tak trwało jak najdłużej, chociaż prawdopodobnie to niemożliwe. w którymś momencie B zacznie pragnąć przedłużyć swój ród, i tu nastąpi mój koniec. oby nie nastąpił. ale nie martwmy się, póki co, na zapas. zresztą nie to mi się śni, tylko jakieś potencjalne możliwości pracy i zarobku. od kilku dni, pod wpływem rozmów, dociera do mnie, że ja jak dotąd żyłam jak dziecko, z dnia na dzień, kompletnie nie martwiąc się o przyszłość. planowałam przecież życie na max. 6 miesięcy, nie zastanawiając się, co będzie dalej. taki rytm pracy w moim zawodzie, więc wydawało mi się to normalne. i teraz się nagle okazuje, że ja już nie jestem odrębną jednostką, tylko częścią duetu. niezależnego, ale jednak duetu. i że druga część duetu myśląc o pracy i pieniądzach myśli nie tylko o sobie, ale też o mnie. nie powiem, miło. no więc make-up uświadomiwszy sobie to wali głową w ścianę. bo ja jak coś zarobię, to od razu myślę jak to przefruwać, albo o tym fajnym obiektywie. ale na pewno nie o jakimś odpowiedzialnym czynie. typu wynajem mieszkania. które przecież i tak trzeba będzie wynająć. teraz zresztą czuję skutki własnej głupoty, odliczając może nie grosz - ale złotówkę - do złotówki. trzeba dorosnąć, do jasnej. powiedziawszy to, make-up jeszcze raz walnęła głową w ścianę i wróciła do krzątania się po kuchni (to nieudane ciasto trzeba upiec).
zmalowała make-up 2010-01-27 16:48:37 skomentuj (1) ha!
a więc jednak można wszystko! i tak oto make-up zdała za pierwszym razem egzamin na prawo jazdy. bezbłędnie. i było świetnie. chyba po prostu nauczyłam się prowadzić samochód. ale trzeba też przyznać, że fala wsparcia płynąca od znajomych, przyjaciół i B po prostu niosła mnie jak na skrzydłach. nie spodziewałam się takiego ogromu pozytywnej energii i sympatii. a tu proszę. wczorajszy dzień był fantastyczny. życiu bym się nie spodziewała ;)
a jutro o tej porze będę już znów w ramionach mojego ukochanego azjatyckiego mężczyzny (buahahaha).
zmalowała make-up 2010-01-16 22:38:26 skomentuj (1) kwiat lotosu
jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora. i tego się trzymajmy. raczej nie czuję się przesadnie zdenerwowana - dlatego dobrze jednak, że zdaję wieczorem. w ciągu tylu godzin stres jakoś się rozkłada. nie zniosłabym egzaminu o jakiejś ósmej rano, godzinie, w której nie potrafię myśleć, a co dopiero prowadzić samochód. dzisiaj spało mi się znakomicie. ogólnie po paru załamkach mam już stoicki spokój. co będzie, to będzie. nie takie stresy się przechodziło. w pracy mam to na co dzień, i to gorsze, bo jest się opowiedzialnym za dobry nastrój 40 osób za swoimi plecami. a skoro się ten dobry nastrój mimo wielu problemów zapewnić, to znaczy, że i teraz się da zapewnić dobry nastrój egzaminatorowi ;) żeby się tylko chłop nie ubawił za bardzo, i mnie nie oblał. ale nawet jak obleje, to - o jezu - są gorsze nieszczęścia na tym świecie. poza tym jest kwiatem lotosu na tafli jeziora. i uwielbiam komunikację miejską. i robię to wszystko głównie po to, żeby udowodnić sobie, że można wszystko. no to zobaczymy, czy można :)
zmalowała make-up 2010-01-15 10:21:12 skomentuj (0) ciucholand i spółki
nic nie wyszło z dniem dzisiejszym jak miało wyjść. wczoraj spontaniczna impreza wpadła do grafika, zjeżdżanie na sankach o północy na drugim końcu miasta, i jakieś pokręcone kalambury w mieszkaniu u kumpla, których w ogóle nie dawało się zgadnąć. ale przyznam, że tak pysznie to się dawno nie bawiłam (brzuch od śmiechu bolał, itp. itd.) potem jakoś tak siły nie było przez to całe zakopane w śniegu miasto wracać (śnieg stawia opór, wiadomo), więc że się zdrzemniemy na kanapie. okay, drzemka drzemką, ale ja mam wbudowany imperatyw spania w domu, we własnym łóżku i nie-w-ubraniu, więc ustawiłam budzik na 4:45, żeby zdążyć na pierwszy poranny tramwaj do domu. taksówek nie używamy, bo wiadomo, akcja O (szczędnościowa). wstałam o 4:40, wymięta i zła po bezsensownej drzemce w niewygodnej pozycji (i spodniach narciarskich) i pobiegłam na przystanek. a tam okazało się, że dzisiaj jest już niedziela, a nie sobota, w związku z czym ten tramwaj jedzie dopiero o 6:20 (źle spojrzałam na rozkład w internecie). urządziłam więc sobie spacer przez śniegi do najbliższego nawiedzanego przez autobusy nocne przystanku, i kiedy strudzona dotarłam do domu, było już naprawdę rano. rzuciłam się na łóżko...
a za chwilę trzeba było wstawać na tą wymianę ciuchów. więc taka średnio przygotowana byłam, delikatnie rzecz biorąc.
wymiana ubrań to ponoć na świecie już taki trynd, więc make-up co by wiedzieć też się wybrała. tym bardziej, że CAŁA GÓRA nieużywanych ciuchów w domu leżała od dawna, a że dom mały, to już się wylewać bokami zaczęło i wkurzać. wyprałam, ułożyłam i pojechałam. a tam.... i teraz będą refleksje. jestem po dniu dzisiejszym po prostu załamana. tym, że nie tylko ja mam tyle ubrań. woła to zjawisko o pomstę do nieba, bo to wstyd tak konsumpcyjne mieć zainteresowania. wstyd i hańba, podniecanie się jakimiś kozaczkami czy sukienkami we współczesnym świecie. dzisiejszy dzień chyba po raz pierwszy tak dobitnie uświadomił mi, że ja już się nie podniecam. nic nie kupiłam - parę moich ciuchów sprzedałam. taka proporcja jest OK, chociaż mogło być lepiej. w każdym razie mało co mi się podobało, mało co było warte kupienia. ufff, czyli normalnieję. no ale nadal problem jest - w domu ta cała góra jest nadal, bo przecież pozbyłam się tylko kilku ubrań. i mi tak wstyd przed samą sobą, że doprowadziłam się do takiego stanu. wiecie, ciuszek na poprawę humoru, na depresję, chandrę, albo na poczucie, że wyglądam w czymś grubo i "nie mam co ubrać". lek na wszystko. i teraz mam w domu całą aptekę leków przeterminowanych, a co gorsza jeżdżę z nią w kółko do T i z powrotem, licząc na to, że może wreszcie zacznę nosić to i tamto, "bo przecież takie ładne". nie, nie zaczęłam nosić. wciąż chodzę w 10 ulubionych rzeczach i to mi wystarczy do szczęścia najwyraźniej. niech inne panny się stroją (a widziałam dzisiaj niezłe kurioza). widocznie ja nie jestem jak im tam, szafiarką, pasjonatką mody, szmaciarką, czy jak to inaczej nazwać. pffff. brrrr.
jestem zdruzgotana, załamana i zdegustowana otaczającym mnie światem i mną samą. i obiecuję sama sobie, że tej walizki pełnej szmat pozbędę się jakimś cudem, i że wymyślę sobie inne czynności na poprawianie humoru i leczenie chandr. jeszcze nie wiem jakie: jedzenie, alkohol, zakupy odrzuciwszy, mało przyjemności zostaje. albo inaczej: trzeba trochę mózgownicę wysilić. ba.
zmalowała make-up 2010-01-10 18:45:36 skomentuj (3) na całej połaci śnieg
pogoda jest taka, jak sobie wymarzyłam. cały czas pobytu w Polsce mróz, śnieg. a dzisiaj to już w ogóle szczęście absolutne. jutro wstaję, ubieram się w stare spodnie narciarskie, owijam czapkami i szalikami, i idę gdzieś koło domu tarzać się w tym niesamowitym puchu, którego dzisiaj nawiało jakby Pyrlandia była w górach. a potem na babi targ, czyli wymianę ciuchów. yeah! egzamin już za 6 dni. nie czuję się w ogóle przygotowana, ale to chyba normalne.
zmalowała make-up 2010-01-09 16:36:22 skomentuj (1) kobieta wilk
no, shakira wyjaśnia nowa. no to znaczy ta ostatnia, pewnie nie taka nowa. mam zaległości w popie. ale utknęłam na shakirze. bo shakira mnie przygniotła. jak ona się rusza, matko boska! jak tańczy. świetna jest kobieta.
zmalowała make-up 2010-01-05 23:14:52 skomentuj (0) rada
"Nie pytaj partnera o zdradę, bo potraktuje to jako radę" - facebook jak zwykle wie wszystko. zmalowała make-up 2010-01-02 15:25:49 skomentuj (0) Ratunku! Ratunku! Na pomoc ginącej miłości
Osobliwych piosenek słucham w Nowy Rok. Pięknych, ale osobliwych. Ale w ogóle jest osobliwie. Bo tak: zakładałam, że zabawa będzie dość standardowo-sylwestrowa z piciem na umór i powrotem do domu o 1.30, a było fantastycznie. Wróciłam o 8 rano. Zestaw gości - idealny w 99%. Do pełni szczęścia brakowało mi może z 3 osób. Atmosfera, przebrania lekarzy i pielęgniarek - no, hę, gorąco było. Podobało mi się też, że założyłam moją nową mini, wyglądałam super, moi starzy przyjaciele jeszcze z dzieciństwa adorowali mnie jak zwykle i jak zwykle ich nowe młodziutkie dziewczyny były z tego powodu trochę jakby niewyraźne. Nie, żebym była perfidną małpą, ale czasami ten fakt sprawia mi przyjemność ;) No dobra, niech będę perfidną małpą. Czasami trzeba. Jeden tylko zgryz jak zwykle: po północy, jak już wszyscy się wywrzeszczą, wycałują, wypiją szampany, i wrócą do mieszkania, uspokoją nieco, dopada człowieka taki no smutek. Wcześniej jeszcze zadzwoniłam do B. (jego sms mi nie wystarczył), odbyłam bezsensowną minutową rozmowę (o czym rozmawiać jak minuta z Azją tyle kosztuje, a ma się już na karku parę procentów, hałas sylwestrowy wokół, i dawno się nie rozmawiało przez telefon), no i to mnie jeszcze bardziej dobiło. Na imprezie pojawiła się też jedna koleżanka co to także ma zagranicznego chłopa. Ale chłop europejski, więc blisko to raz, i zawsze na wyciągnięcie ręki. I zazdrości nie mogłam powstrzymać. Bo ja wciąż i wciąż to albo-albo mam, ciągle tylko wyborów muszę dokonywać: z kim spędzę sylwestra, z kim spędzę urodziny, z kim (coś tam), z facetem swojego życia czy z przyjaciółmi? Jak można dokonywać wyboru pomiędzy rzeczami o takiej samej randze? Trzeba temu przeciwdziałać, mam nadzieję, że ten rok także i ten temat wyjaśni jednoznacznie, dobitnie, kategorycznie. Jak i parę innych tematów. Ale chcę tylko powiedzieć (nie mogę mądrzej pisać, bo mnie nogi bolą od pląsów i wciąż jestem nie do końca teges), że Nowy Rok zaczął się wyjątkowo dobrze. No już nie mówiąc o tym, że jechałam przez całe miasto bez biletu (chciałam kupić, ale nie było gdzie - kierowca autobusu machnął ręką: "Trudno!"). Więc może to będzie także Rok Szczęścia. Czego sobie i Wam życzę, drogie robaczki.
zmalowała make-up 2010-01-01 20:14:20 skomentuj (1) Siostra Przełożona
1. Nie było łatwo, ale jednak DZISIAJ zakończyłam kurs na prawo jazdy i zapisałam się na egzamin. Kobieta w okienku zamarła, kiedy zobaczyła, że zaczynałam kurs w listopadzie 2008... Khem, khem. No u mnie to tak właśnie bywa, no co mam powiedzieć? Poza tym inna sprawa, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć najwyraźniej. Egzamin za dwa tygodnie, śniło mi się że zdałam, więc zdam. Nie ma innej opcji. 2. Co oznacza że zaraz po egzaminie wsiadam w samolot i wracam do Słonecznej Krainy na T. Nie żeby mi się Śnieżna Kraina nie podobała, szczególnie dzisiaj, iskrzący się śnieg, mroźno, czyściutko, romantycznie, po prostu pięknie! Nazachwycać się nie mogę. Ale jednak już minęły dwa tygodnie, jak jestem w Polsce (może więcej nawet, nie pamiętam) i czuję, że już mnie nosi. Wszystko zresztą idzie wedle planu - no proszę, pierwszy raz w życiu mam jakieś konkretne plany (z datami wręcz) i okazuje się, że tak też można! I jaka satysfakcja, że można! 3. Aż od razu kupiłam sobie MINI spódniczkę w kolorze bordowym. Sztruksową. Mini za mną chodziło dawno, to najwyraźniej efekt uboczny spodni rurek - uwierzyłam, że nie jest ze mną tak kiepsko. Niby prawie trzydziestka, ale jaka! Więc kupiłam mini. Dwudziestoletnie siksy mogą się schować ;) 4. Słucham nowej Chylińskiej. I.... jeśli ja mogę nosić mini to Chylińska może grać klubowo. Nie ma to jak zrobić coś od tak zwanej czapy. Precz ortodoksom! 5. A teraz pora szykować strój sylwestrowy. Siostra Przełożona z oddziału Nerwic poleca się łaskawej uwadze koleżanek i kolegów. Oj, czuję, że conajmniej zdjęcia z tej imprezy będą w pytkę.
zmalowała make-up 2009-12-30 20:27:37 skomentuj (2) uh!
nie cierpię kończyć starego roku i zaczynać następnego, a jak mi się znudzi to się zwinę, jak co roku. jedyna przyczyna takiego nastawienia jest taka, że jak co roku nie będę miała chłopa koło siebie. jest różnica - ten chłop istnieje, czyli już jakiś postęp w przeciwieństwie do dotychczasowych 28 lat. w zeszłym roku już go miałam, ale był daleko, a co gorsza, kiedy zadzwonił o północy ja NIE ODEBRAŁAM TELEFONU. w tym roku nie spuszczę telefonu z oka nawet na minutę, a pewnie nie zadzwoni znając życie. zawsze tak jest w komediach romantycznych, oczywiście poza "Love Actually" (oglądałam wczoraj) bo tam wszystko tak nierealne i nienaturalne, że aż nie daje się oglądać. ble. jednak prawda, że moja ulubiona bohaterka romantyczna to Sandra Bullock, ona przynajmniej wygląda normalnie, chodzi po domu w szlafroku i lubi jeść pizzę, dokładnie tak jak ja. jak ją widzę, to wraca mi wiara w dobre zakończenia. bo póki co ta wiara ma się kiepsko. mam po prostu cholerny kryzys.
zmalowała make-up 2009-12-28 13:26:17 skomentuj (0) z okazji
z prezentami miałam święty spokój - zrobiłam zakupy w kraju na T. - taniej i spokojniej. a może i trochę oryginalniej (jakby się postarać). co też doprowadziło do tego, że chodziłam teraz po Poznaniu i ciągle coś SOBIE kupowałam (a to książka, a to sweterek), skoro prezenty już odhaczone, a imperatyw kupowania nadal włączony. wniosek jest jeden: szczęśliwy człowiek w ogóle nie zadaje sobie pytania o sens Świąt B.N. oraz innych. ja po prostu wiedziałam, że w Polsce w tym okresie muszę być, do stołu usiąść mimo że raczej religii żadnej nie wyznaję. chodziło o klimat, o rodzinną atmosferę, o tęsknotę. nie wyobrażam sobie świąt w T. - no bo jak? przy 19 stopniach i w otoczeniu muzułmanów?! w tym roku naprawdę doceniam istotę świąt B.N. - i nie smęcę pierdół o rozbitej rodzinie. jaka to rozbita, jak nam we trójkę (+kot) naprawdę zajebiście razem? powiedziałabym nawet, że jesteśmy z czasem coraz bardziej całością właśnie. szkoda tylko, że mróz i śnieg się skończył, bo mnie tam się podobało. ale może jeszcze za mojego pobytu się powtórzy (oby, i co z tego, że będzie się trudniej autem jeździło).
(tak, to nie Sylwester, ale plany muszę wypisać teraz, czuję wewnętrzny przymus)
i tak:
1. projekt książkowy muszę (wraz z A.) zakończyć, wydać i ogłosić sukces (co jest niemalże pewne)
10. nie być taka jak Grażyna Dobroń, nawet w notkach na bloga.
Plan poczyniwszy akurat 10punktowy (elegancko i okrągło) idę do kuchni szaleć dalej.
zmalowała make-up 2009-12-24 12:51:00 skomentuj (0) rura i rurka
Pierwszy raz od dobrych paru lat weszłam sobie na statystyki tego bloga. Tak przy okazji wchodzenia na statystyki innego bloga. No i patrzę, z jakich haseł ludzie tu trafiają, bo jest to dobra zabawa, szczególnie w zaśnieżony przedświąteczny poniedziałek.
- Czym umyć szafki by nie śmierdziały stęchlizną (nie wiem czy kiedykolwiek o tym pisałam, nie mam pojęcia o myciu szafek)
Miłego przedświątecznego poniedziałku. Jestem odpowiednio naładowana energią by wyjść z domu, pojeździć "L" przez 2 godziny i wrócić do domu zahaczając po drodze o jakieś sklepy. Muszę kupić produkty, z których upichcę co nieco - pierwszy raz święta mnie cieszą w związku z tym - cieszę się taką niewinną, świeżą radością, bo mogę bezkarnie pichcić i potem jeść* Tadam.
zmalowała make-up 2009-12-21 12:32:03 skomentuj (3) In Demand
1. Jest taki kawałek Texasu, właściwie teledysk do kawałka "In Demand", który mnie zawsze kompletnie powala, zostawia w stanie jak po przejechaniu walcem. Po prostu leżę i mam ochotę kwilić. Raz, że Rickman, jeden z niewielu tzw. starszych facetów, których uwielbiam bezwzględnie. Dwa, że ten klimat. Jak klip się kończy dygoczę i czuję, że muszę się zakochać NATYCHMIAST.
Właśnie sobie o tym kawałku przypomniałam, obejrzałam klip i jestem w rozsypce, poza tym PMS.
3. Znów mam te moje fobie. Jak kilka dni jestem w Polsce i mój facet sam z siebie się nie odzywa, a ja czytam babskie czasopisma, wywiady z artystami, którzy dzwonią do swoich kobiet kilka razy dziennie i mówią im ciągle komplementy, to myślę sobie: no i co, kurde?
4. Wczoraj miałam pierwszą "prelekcję" w karierze związaną z krajem na T. Sukces na całej linii, podziękowania, komplementy. Mówcie mi: gwiazda. A potem rzut oka na stan konta w banku i: O kurwa, kurwa, jak ja dożyję do sezonu.
zmalowała make-up 2009-12-18 21:07:28 skomentuj (0) |
dział promocji |