A WIĘC JEDNAK :)

 

Nowe odświeża. Już to czuję.
Oficjalnie, bo nie chcę gubić śladów, zapraszam na nowy adres, który ma dodać, jak to się mówi gazu, wiatru w płucach, ahoj przygodo. Zapraszam zarówno w wirtualu, jak i w realu (jakby kto był zainteresowany) :)

www.arasindan.blogspot.com



zmalowała make-up 2010-11-19 23:11:16
skomentuj (0)

URODZINY

 

z okazji urodzin:

- jestem w Polsce
- mam mieszkanie
- mam katar
- ale jest fajnie

jak odtajam i się skupię to napiszę więcej...


zmalowała make-up 2010-11-17 12:27:31
skomentuj (0)

o rany jego

 

niestety bozia mnie obdarzyla wyjatkowo upierdliwym charakterem: skonnoscia do przesady, nadmiernego analizowania i roztrzasania ORAZ przejmowania sie wszystkim.

ze zwyklego szukania mieszkania robi sie nieszczescie zyciowe numer jeden. no bo nadal na walizkach, bojfrienda widuje rzadziej niz planowalam, mieszkamy osobno zamiast razem zeby ograniczyc koszty, do momentu "az cos znajdziemy". tylko ze sami nie wiemy czego szukamy, i w zwiazku z tym raz chcemy tanio, a raz ladnie, i blisko centrum, a najlepiej, zeby bylo wszystko na raz. 

a potem popadamy we frustracje.

za 3 dni lece do Polski, wiec dodatkowo wkrecam sobie schize, ze obchodzac 30-te urodziny nadal nie bede miala poczucia, ze mam swoje miejsce na ziemi, swoj kat, czy cos w tym rodzaju. wkrecam bezsensownie, bo bardziej niz kawalek podlogi licza sie inne rzeczy.

tylko ze ja naprawde mam juz dosc tych kartonow i przeprowadzek. naprawde.

na to wszystko to kretynskie otoczenie tutaj: plotki, plotki, plotki. okazuje sie, ze moja niechec do chwalenia sie wszedzie bojfriendem albo styl pod tytulem: jestesmy doroslymi ludzmi i dlatego nie wieszamy sie siebie 24/h okazaly sie byc wystarczajacymi argumentami do tego, by szacowne grono polonijne i nie tylko uznalo, ze z bojfriendem mam jakies problemy, a rozstanie jest rychle.

mowilam, ze kretynki. po kazdym spotkaniu z nimi mam migrene i dosc kolejnych spotkan na 2-3 miesiace. 

naprawde, juz wole nie miec z kim wychodzic na kawe, niz z nimi.

ale i tak sie przejmuje.

wrrrr.

nie mam juz sily. chce miec wreszcie swoj kat, dom, zeby sie moc wyluzowac.
stawiac czola problemom. wreszcie moc sie skupic. ale nie. to by bylo za proste. 
witaj, w doroslym zyciu, bejbe.

 


zmalowała make-up 2010-11-12 15:25:11
skomentuj (0)

KATAR

 

nadal nie mam mieszkania. aktualnie jesteśmy z B. w nazwijmy to, separacji, on mieszka w domu z mamą, z którą bez przerwy się o coś kłóci. ja mieszkam kątem u koleżanek Polek i czuję się jak studentka. nabawiłam się przeziębienia, bo jestem jeszcze osłabiona poprzednią chorobą, która przecież była dość konkretna.

wczoraj już nie wytrzymałam psychicznie. naprawdę moją chyba najważniejszą potrzebą teraz są własne cztery kąty. to znaczy nawet wynajęte, byleby móc się rozpakować na dłużej niż 3-4 miesiące. dawno już nie miałam takiego luksusu i dlatego jestem już w stanie wpadania w lekką histerię. ile można, no. życie koczownicze jest fajne, jeśli jest na chwilę, na jakiś czas. albo jeśli ma się gdzie wracać.

ja w tej chwili NIE MAM DOMU. nie liczę mieszkania mojej mamy w PL, ale ile ja jestem w PL? Miesiąc w roku? No wlasnie. Poza tym bedac u niej musze sie dostosowac do jej regul, bo przeciez wczesnie wstaje, wiec nie ma ogladania filmow do 2 w nocy czy gadania po nocach. Wiadomo, co dom mamy, to dom mamy.

A ja za niecale 2 tygodnie koncze 30 lat. I naprawde magia tej liczby robi na mnie wrazenie. Poddaje sie temu celowo, bo naprawde ja CHCE miec juz swoj kat, chce sie gdzies zadomowic, chce poprowadzic troche nudnego stabilnego zycia. Z tym samym boyfriendem, z ta sama praca, z tym samym miejscem zamieszkania. Dosc juz mam tej przypadkowosci, zycia w cudzyslowiu, w marginesie. Fajne, bo ciekawe, ale jednak trudne. Juz mi sie naprawde kurde NIE CHCE tulac.

Zrobilam jakis czas temu eksperyment. Zaczelam planowac. Na przyklad: teraz bede tu, potem pojade tu, potem przeniose sie tu. Potem wyjade na wschod i do Syrii a jak wroce, to cos tam. Jak dotad wszystko idzie wedlug tych planow. Juz tak chyba od ponad roku, bo nawet plan z prawem jazdy sie udal. Co dalo mi duzo do myslenia: a wiec mozna planowac, dobrze na tym wychodzic. A wiec mozna wplywac na swoje zycie, zamiast poddawac sie pradowi.

A wiec chce to kontynuowac. Kolejnym etapem jest mieszkanie, zmiana pracy, ukonczenie i wydanie ksiazki i fajne sympatyczne, choc moze dla niektorych troche nudne zycie w kraju na T. Ale pierdole to. Mi sie to podoba.

Teraz tylko zwalczyc katar i znalezc mieszkanie.

A na 16 listopada bede w Polsce. Wyspie sie po locie i podrozy, i nastepnego dnia bede gotowa stawic czolo 30-tce. I powiem szczerze, wcale to nie jest kiepska perspektywa. Chyba jestem gotowa to przyjac na klate.

 


zmalowała make-up 2010-11-05 10:08:06
skomentuj (1)

PO DŁUGIEJ PRZERWIE

 

nie było czasu pisać i głowy kompletnie. najpierw się sezon skończył, miałam znów egzystencjalne kryzysy, bo to normalne po pół roku w ciągłym stresie - ot człowiek nagle NIE musi pracować i fiksuje z tego nie musienia. potem przeprowadzić się trzeba było, ale nie było wiadomo gdzie. i nadal nie wiadomo, to jest nadal jestem na walizkach. ale już lada dzień, mam nadzieję, przeprowadzę się gdzieś już na dłużej. kto wie, może nawet na rok. to by była doprawdy rewolucja w moim życiorysie.

po tym jak już się spakowałam w kartony przyszła pora na wyprawę. moją wymarzoną i wyśnioną, na południowy wschód. po 2 latach zastanawiań się udało mi się podjąć decyzję, zebrać ekipę i po prostu pojechać. i było świetnie, wspaniale, tak inaczej niż sobie wyobrażałam. tak bardzo mnie to zainspirowało i rozochociło do powrotu w tamte rejony. 10 dni to za mało, to było ledwo muśnięcie. w Syrii też byłam. ale tam to już po łebkach, bo rozchorowałam się jak za przeproszeniem turystka. flora bakteryjna, zatrucie pokarmowe jeszcze w T., i potem gorączki, dreszcze, biegunki, lekarze. byłam tak słaba, że chciałam tylko jechać do domu - ewidentny znak, że naprawdę nie było ze mną dobrze.

wróciłam niecały tydzień temu i nadal jestem na lekarstwach, na diecie - jem głównie banany, ziemniaki, biały chleb i jogurt. ślinię się na myśl o pizzy czy generalnie tzw. jedzeniu. mam nadzieję że wkrótce będę mogła zjeść coś normalnego, bo ile można. nawet nie pojadłam dobrze syryjskiego żarcia.

 

ciąg dalszy nastąpi. najpierw sprawdzę, czy ktoś tu w ogóle zagląda ;)
a może zmienić adres, nazwę i koncept bloga? mam pewne pomysły a tu się jakby... wyczerpało?
kusząca opcja...

 


zmalowała make-up 2010-11-02 22:53:04
skomentuj (2)

cnotka

Tak jak sobie czytam czasem niektóre blogi, książki, czasopisma, albo słyszę anegdotki z życia znajomych wzięte (zwane inaczej ploteczkami), albo jak sobie wyjdę na tak zwane miasto, to widzę, że ja jednak jestem w stu procentach tak zwaną cnotką. Nigdy się tym nie chlubiłam, bo zresztą nie ma czym i nie ma po co, ot, taka refleksja. Zresztą z czasem widzę to tym bardziej, że taki jest po prostu mój charakter, i już. I po latach bicia się z sobą, że może komuś do jakiegoś modelu nie pasuję, odpuściłam i od razu mi się zrobiło lepiej. Przywileje wieku przed trzydziestką. Jakby więcej rzeczy mi wisi. W takim zdrowym, wiszącym sensie. No pierdolę po prostu.

Mój dawny problem polegał na tym, że bardzo chciałam być taka jak inni, no żeby nie być w końcu taka samotna. Myślałam, że jak się dostosuję, to ludzie będą za mną przepadać (potem dopiero skumałam, że najpierw sama za sobą muszę zacząć przepadać, banalnie proste, nie?)

Teraz już wreszcie się nie wstydzę i nie kryguję. Nie wymyślam powodów, dlaczego nie mogę pić wódki, tylko wprost mówię, że nie lubię i potem mnie brzuch boli. Podobnie jak z innymi specyfikami, znajomi w końcu się nauczyli, że mnie to się nawet nie pyta, bo wiadomo, że odmówię. Kto się śmieje ten głupi, co mnie to obchodzi? Albo jak zwijam się z imprezy nie bladym rankiem, tylko o 2, bo mi się znudziło i chcę spać. Albo nie będę się migdalić na kanapie z przypadkowym kolegą, bo po co? Jakieś to mi się bez sensu wydaje. Zresztą ja to zawsze z takich, co umiały się kontrolować. Nie lubię tracić świadomości i potem czegoś nie pamiętać, mieć moralniaka, przystawiać się do facetów, ble, kilka razy się zdarzyło - i starczy. 
Ba, jestem wręcz dumna że moich prawdziwych chłopców można policzyć na dwóch palcach jednej ręki. Nie chciałabym być na miejscu moich koleżanek (np. z T.) o których wdziękach dyskutuje potem połowa miasta. Cieszę się, że mogę odkrywać uroki miłości w rozmaitych aspektach z jednym facetem, nie mam porównania, ale to co mam, w zupełności mi wystarczy (może nawet do końca życia).

Wszystko to może wydawać się dziwne, jeśli ktoś na przykład zna mnie z kilku imprez albo zdjęć. Czasami wydaje się dziwne, bo mam zdecydowane poglądy i lubię sobie siarczyście poprzeklinać. No i ja naprawdę lubię się bawić, wygłupiać, ba, lubię szaleć.  Ale - co dziwne się niektórym wydaje - nie potrzebuję do tego żadnych wspomagaczy. Czasami one dość wyraźnie przeszkadzają w zabawie. Nie lubię też kaca (i nie miałam go od dobrych paru lat). A czego nie lubię - tego nie stosuję.

Wbrew temu wszystkiego bardzo podoba mi się moje życie i to, jak się toczy. Nie brakuje w nim zwrotów akcji i skoków adrenaliny. Człowiek czasem walczy z czymś całe lata, a potem okazuje się to tak mało znaczące!

A teraz portki na dupę i pora do pracy. Jakoś trzeba przetrwać ostatnie 3 tygodnie w tym sezonie i w tym zawodzie. Hurra. Hurra. Hip hip. Hurraaaa.

 


zmalowała make-up 2010-09-21 20:35:15
skomentuj (0)

chyba

 

no mam cos w rodzaju normalnego zycia chyba! wreszcie! 

normalnie chodze do pracy, po pracy spotykam sie ze znajomymi, ide z nimi na piwo czy drinka (zaczelam pic koktajle alkoholowe, ani chybi sie starzeje). spedzam tez czas z chlopcem (na przyklad o 2 w nocy jade po chlopca samochodem przez deszczowe miasto, a potem idziemy spacerem w tym deszczu na tradycyjna w T zupke przed snem). a propos z chlopcem o ile to mozliwe jest jeszcze lepiej niz bylo. dlaczego niektorzy uwazaja ze zwiazki musza sie rozwijac, my sie nie rozwijamy i tak jest fajnie (zadnych slubow, zadnych zareczyn, zadnych dzieci, brrr!). 
oprocz tego czytam ksiazki i ogladam filmy a potem placze na tych filmach. albo sie jednoczesnie i smieje i placze. i robie porzadki w domu, albo o nich zapominam. i pada deszcz wreszcie, pierwszy od dawna, a powietrze po prostu PACHNIE.

i to jest to.

to jest wlasnie to.


zmalowała make-up 2010-09-13 23:41:49
skomentuj (0)

pranie

 

Tak dbam o mojego chlopca, ze wrzucam do pralki nie tylko jego koszulki czy spodenki, ale takze jego pieniadze!

O ile milej potem wyciagnac z kieszeni wypranych szortow zwitek czysciutkich banknotow euro.

Oj, nasmialismy sie dzisiaj dokonujac tego odkrycia.

Coraz czesciej mam wrazenie, ze bycie z kims to naprawde kawal frajdy. Kiedy juz przestaniesz sie stresowac, czy na pewno dobrze wygladasz, czy nie powiesz czegos glupiego, no, po prostu jestes soba, i mimo to zwiazek trwa dalej, z calym swoim arsenalem namietnosci i porywow. Fajnie jest cos robic, tak po prostu, bez wielkich slow, cieszac sie byciem razem i podsmiechujac to z tego, to z owego.

Kurcze, nie wyobrazam sobie byc w zwiazku bez smiechu, bez wysmiewania sie z siebie nawzajem, bez wyglupow i osmieszania problemow. Zreszta B na poczatku tak bardzo skupial sie na robieniu na mnie wrazenia, ze byl raczej serio.

A kiedys uslyszalam, jak opowiada przyjacielowi, ze ze mna nie wstydzi sie byc soba, popelniac bledow, robic glupot. Ze z poprzednimi jego dziewczynami nie bylo o tym mowy.

Jakkolwiek to brzmi, odbieram to jako niesamowity komplement. Fajnie, jak facet jest jednoczesnie po prostu i az najblizszym przyjacielem.



zmalowała make-up 2010-09-06 15:56:02
skomentuj (1)

make-up blog

Uhhhh, muszę pisać, muszę pisać tego bloga, bo zwariuję! Papierowy pamiętnik leży odłogiem, nawet nie pamiętam gdzie go wsadziłam, zresztą i tak piszę w nim raz na kilka miesięcy, coś co brzmi jak skrót z serialu:

"Wyjechałam do T., wróciłam z T., po 5 miesiącach, z B. wszystko świetnie, kochamy się, jest uroczo i w ogóle. Raz się pokłóciliśmy ale miało to tę zaletę, że usłyszałam przynajmniej jak bardzo mnie kocha i zobaczyłam skruchę w wydaniu męskim. Ciekawe co będzie dalej"

Od tamtego czasu już niewiele napisałam, bo praca, bo wiadomo, bo coś tam.

A teraz właśnie probuję się postawić na nogi po całej dobie życia tylko fabułą książki "Coś pożyczonego". To ponoć bestseller, a trafił w moje ręce przypadkiem. Czułam, że mi się spodoba (nie wiem dlaczego), więc najpierw wysprzątałam mieszkanie, wstawiłam pranie, zjadłam obiad, przeczytałam wszystkie szmatławe gazety - żeby zupełnie nic nie odwracało mojej uwagi. Lubię mieć sytuację "na czysto" - skupia mnie książka i nic ponadto.

No i przepadłam. Czytałam na lotnisku, czekając na turystów, a potem kusiło mnie, żeby czytać w autobusie. Potem, mimo zmęczenia, czytałam w łóżku, przed snem. Dzisiaj z kolei przeszło mi przez myśl, żeby czytać pomiędzy spotkaniami w kolejnych hotelach, ale odrzuciłam ją słusznie, jako głupią. Poza tym - nagrodziłam się od razu za cierpliwość - jeśli nie przeczytam w pracy, to zostanie więcej na po pracy, prawda? 
Zostało. Kupiłam smakołyki, ice tea, chipsy, zrobiłam wielki obiad, założyłam luźne ciuchy, ułożyłam się na łóżku, wzięłam 2 tabletki na migrenę, i ruszyłam. Jest po 23:00 i wreszcie książkę skończyłam, w międzyczasie parę razy popłakując sobie ze wzruszenia i roztkliwiając się przy co celniejszych zdaniach.

Może na emigracji jestem spragniona dobrej książki, właściwie na pewno, nie jest to nic nadzwyczajnego, ot, sprawna powieść, ale po prostu przepadłam.

Mam ochotę wypisywać całe cytaty, zdania, i wstawiać jako opisy na facebooka.

Ewidentnie mnie pokopało.

Oprócz tego mam jeszcze jedną refleksję. Muszę pisać tego bloga. Nie mogę go zaniedbywać, on właśnie po to jest. Żeby wrzucać tu takie nudne notki, jak to mnie porwała jakaś ksiązka. W jakiś sposób czuję się lepiej, jeśli mogę dokumentować swoje życie. I co z tego, że publicznie. Przecież to tylko na 'publicznie' wygląda, a w istocie tylko ja wiem co kryje się pod tymi słowami, i dlaczego tak bardzo chciałam odpłynąć w fabułę książki. I tylko dla mnie czytanie archiwum po paru latach/miesiącach/dniach będzie miało tak wielkie znaczenie.

Dobrze by było zmienić layout, pewnie się tym wkrótce zajmę. I po prostu pisać.

Planuję w ogóle dużo zmian. No trzeba, po prostu, ile można kręcić się w kółko. No ile.

A więęęęc.

 


zmalowała make-up 2010-09-02 22:26:55
skomentuj (2)

DEKONCENTRACJA

 

kiedy to się stało? już kompletnie nie przejmuję się pracą! to znaczy przejmuję, ale w stopniu absolutnie minimalnym.

a po pracy wskakuję do basenu, chodzę pływać w morzu, a co najlepsze, podróżuję. ba, teraz nie mogę ani na daleko, ani na długo. jeden dzień to absolutne minimum. ale...

po sezonie... plan już został naszkicowany. ekipa się werbuje. trzeba tylko kupić plecak i wygodne buty bo to już będzie prawdziwa wyprawa a nie takie fiu bździu.

o matko, czuję wiatr w żaglach! od razu mi się chce! od razu jutrzejsze pójście do pracy wydaje się tak błache, że aż można je spokojnie znieść!

niesamowite z tymi podróżami. oglądam cudze zdjęcia, oglądam zdjęcia znajomych. też ze wschodu i z syrii. i rusza, a i owszem. ale to nic, w porównaniu z tym, co zobaczy się własnymi oczami. niesamowite, że podróżowanie nabiera sensu dopiero wtedy, jak jest się tam samemu, we własnej skórze.

oczywiste, wiem. ale ta oczywistość mnie wciąż zadziwia i zachwyca.

pod pewnymi względami ten sezon jest DOSKONAŁY. nie ma marnowania czasu, jest konkret. ba, nawet książki zaczęłam czytać.

a zakończenie sezonu, ta wyprawa... to będzie prawdziwe ukoronowanie, creme a la creme. rany jego. ale jestem nakręcona.

 


zmalowała make-up 2010-08-19 22:42:46
skomentuj (0)

wolny dzień

 

w wieczor przed wolnym dniem chcialam sie bawic, odstresowac i nie myslec, oraz wreszcie spedzic troche czasu poza domem z boyfriendem. napic sie, upic sie, poszalec, oraz spedzic upojna noc. przypomniec sobie, jak to bylo w dawnych dobrych czasach.potem mialam nadzieje caly dzien rozkosznie leniuchowac, posprzatac, uprac, i ogolnie cieszyc sie zyciem (he he).

niestety boyfriend pochloniety jest walka z bylym wspolnikiem ktory wisi mu niemale pieniadze i co gorsza probuje teraz z tymi pieniedzmi zwiac. dlatego na randce z boyfriendem ciagle rozmawialismy o pracy, a rano po owszem upojnej nocy boyfriend wyskoczyl z lozka gonic wspolnika i juz go nie bylo.

poza tym miala do mnie przyjechac przyjaciolka i nie przyjezdza. a juz mialam nadzieje ze spedze chociaz tydzien z kims MOIM. 

poza tym dzwoni do mnie nie znajaca angielskiego turystka ogarnieta panika bo w ogromnym kompleksie hotelowym nie potrafi znalezc lekarza.

potem dzwoni jeszcze jedna, z innego hotelu, znow w sprawie lekarza. i tez nie zna angielskiego.

sytuacja wyglada wiec tak ze siedze w domu, pilnuje wciaz dzwoniacego telefonu, jestem calkowicie samiutka, pije kawe, slucham black eyed peas ktore ostatnio ciagle mam w uszach, i mam straszna ochote gorzko sobie poryczec.

problem w tym, ze jakos nie umiem tak po prostu poryczec. a chcialabym: z samotnosci, z poczucia totalnej bezsilnosci, z leku o wlasna przyszlosc, co bedzie w zimie, gdzie mam mieszkac, jak zyc, z kim byc. i nawet, do kurwy nedzy, nie mam o tym z kim porozmawiac. na obczyznie czlowiek staje sie w takich momentach totalnie goly. i widac bez zadnych upiekszen, jak beznadziejne jest to wszystko i jak samotnym mozna byc.

naprawde zjebane to wszystko, powiem niewybrednie.

do tego zeby miec poczucie niezmarnowanego dnia otwieram wiadomosci internetowe a tam pozary lasow w Rosji, powodzi w Polsce, wypadki i smierci. i juz naprawde chyba strzele sobie solidnego drinka zeby to przetrwac mimo ze jest dopiero 12:48.

 


zmalowała make-up 2010-08-09 11:48:14
skomentuj (0)

powiewy

 

odkąd przestałam się przejmować pracą naprawdę lepiej mi się żyje. w weekendy, choćby nie wiem co, robię wypady z koleżankami z bratnich krajów. poznaję nowe miejsca. relaksuję się z osobistym mężczyzną, co ładuje akumulatory tak mocno, jakbyśmy się dopiero poznawali ;)

moje życie stało się zadziwiająco proste i poukładane.

nie ma miejsca na debilne rozmowy o dupie maryni, na spędzanie czasu z pustakami. na plotkowaniu. na robieniu niepotrzebnych zakupów. okay, czasem tego człowiekowi trzeba, ale już nie wypełnia to wiekszości czasu.

jest tak normalnie.

idę w dobrym kierunku. staję się zupełnie fajnym człowiekiem.

ps. tak wiem, że trwa moja faza maniakalna i świat jest piękny, i że wszyscy będziemy się śmiać w fazie depresyjnej. ale póki co przeciągam stan manii na ile się da... i mam zwis taki, taaaaki, że mi aż powiewa! powiewa, rozumiecie? 
wspaniałe uczucie.

 

 


zmalowała make-up 2010-07-31 22:06:23
skomentuj (0)

NIE

 

nie pojechalam do Polski, bo to kosztowaloby mnie zbyt duzo, jednak. za duzo, jak na dwa dni. oczywiscie taki powod nie powinien byc mierzony pieniedzmi, ale jednak. wszystko sie kreci wokol pieniedzy - banal, ktory uderza w leb kazdego dnia.

wobec tego nie przezylam na dobre zaloby, ba, na dobra sprawe nie wierze, ze to sie stalo. caly czas o tym mysle a jednoczesnie to do mnie nie dociera. niby placze co jakis czas, a jednak czuje sie jakbym byla otoczona warstwa waty. jak wroce do Polski i go po prostu nie zobacze, nie spotkam z nim, nie pospieram na zyciowe tematy - to dopiero bedzie szok.

na domiar zlego moj osobisty facet mial wypadek na rowerze i ma poraniona cala lewa polowe ciala. wszystko to jedna wielka rana. nie potrafil mi tego powiedziec osobiscie, wiec sciagnal do siebie pod pretekstem, ze musimy pogadac - a ja glupia, myslalam ze chodzi o jakies wspolne romantyczne wyjscie (kobiety to jednak naiwne sa). kiedy uslyszalam jednak "niespodzianka" - wiedzialam, ze to nic dobrego. nienawidze niespodzianek i powyzsze wydarzenie tylko potwierdzilo, ze slusznie.

teraz przejde kolejny etap w zwiazku - mycie mezczyzny pod prysznicem. trzeba przyznac, ze szybkie mamy tempo - wiele par ten etap zalicza dopiero po wielu latach wspolnego zycia.

odwiedzilam tez w szpitalu kolezanke z zaprzyjaznionej firmy - po wypadku samochodowym. to wydarzenie spowodowalo, ze prowadzac samochod znow zaczelam miec te dziwne koszmarne wizje. ciagle mi sie wydaje ze moj samochod przewroci sie nagle do gory nogami. w moim przypadku takie rzeczy sa normalne - tzn. takie wizje - kiedy balam sie niesc tace z filizankami pelnymi kawy, tez ciagle widzialam (wyraznie), ze przewracam sie, i wszystko leci na podloge.

czarna seria, trzeba przyznac. nie wiem jak mam na to wszystko reagowac. zeby bylo "lzej", nie mam zadnych przyjaciol tutaj. nie mowiac o znajomych. z jednej strony sa tu ich setki - ale wszyscy nadaja sie jedynie do wspolnego pojscia do dyskoteki lub na zakupy. nie da sie z nimi usiasc, i pogadac. albo przeganiac demony, jak moglabym to robic z moja ekipa w Polsce. tylko oni, ci w Polsce, maja stopien ironii i podejscia do zycia taki, jaki mi odpowiada. tutaj czuje, ze nie przystaje, nie pasuje, czuje sie tak cholernie samotna. 
moge liczyc tylko na B, ktory aktualnie jest ranny, a jednoczesnie zapracowany, wiec wlasciwie, nie bede mu zawracac glowy swoimi dolinami. poza tym moje refleksje na temat tutejszych ludzi to dla niego lekka panika, ze w koncu rzuce to wszystko w cholere, i wyjade.

tylko ze ja nie chce wyjezdzac. wlasciwie, to dobrze mi tu. no w porzadku, moze nie dobrze, ale i nie-zle.

chodzi mi tylko o to, ze nie mam sie z kim przyjaznic. a, jak sie okazuje, ludzie sa naprawde najwazniejsi. miejsce, to miejsce, praca, to praca. ale jesli nie ma z kim usiasc na balkonie, otworzyc piwa, i zaklinac demonow wspolnym, przesmiewczym jezykiem - to okazuje sie, ze wszystko jest do dupy.

i dlatego znow jestem w stanie depresyjnym. okazuje sie, ze tego lata, stany te powtarzaja sie z przerazajaca czestotliwoscia.

 


zmalowała make-up 2010-07-24 10:54:03
skomentuj (0)

veda

 

balam sie, ze kiedys cos takiego sie stanie, i bede daleko. z racji, ze jestem tutaj, wszystko co dzieje sie w domu, w Polsce, dociera jakby przez mgle. dopoki nie zobacze - nie uwierze. chce cos czuc, ale nie moge - po prostu nie chce mi sie wierzyc. zycie przeciez toczy sie dalej. 

chcialabym teraz byc tam - wczoraj, kiedy sie dowiedzialam, zaplanowalam juz nawet 2 dni wolnego, zorganizowalam wize, bilety - ale jednak koszty mnie przerazily. nie wiem, po prostu nie wiem, czy jechac, czy nie. z jednej strony finanse (z czego bede zyc w zimie, jesli teraz nie bede oszczedzac?) z drugiej strony bardzo silna chec pojechania, przede wszystkim po to, zeby to poczuc. zeby uwierzyc, ze to sie po prostu stalo, dokonalo, i juz. chce byc z rodzina, chce plakac, chce czuc.

teraz, taki samotny szloch, to takie absurdalne. musze funkcjonowac, pracowac, wiec wszystko wydaje sie tak dziwne, niedorzeczne, nierealne. 

i jeszcze majac swiadomosc, ze tyle spraw zostalo miedzy nami niedokonczonych. ze zawsze bylam Jego niespelniona nadzieja, ze wciaz zawodzilam Jego oczekiwania. wciaz mialam za to do Niego zal, bylam zla, ze tyle ode mnie wymaga i Jego milosc jest ciagle taka "ukryta", oddalona, schowana miedzy slowami. tak strasznie mi zal, ze nie zdazylam Mu powiedziec jak bardzo byl dla mnie wazny (mam nadzieje ze chociaz troche sie domyslal). co wiecej, ostatnio zwlekalam z telefonami, bedac wciaz zajeta, a oni oboje wiem ze mieli mi to za zle. tak bardzo chcialam ich kiedys zaskoczyc, szczegolnie Jego, udowodnic, ze naprawde moze mi sie udac isc swoja sciezka, odniesc sukces, byc szczesliwa, dobra, spelniona. wciaz staralam sie tego dowiesc, i wciaz mialam wrazenie ze sie nie udalo, i ze "potem to dopiero zobaczy".
tepy bol, kiedy to pisze, i uswiadamiam sobie, ze NAPRAWDE nie ma juz odwrotu. nie da sie nic zrobic, nic powiedziec.
tak oczywiste, tak banalne, ale pierwszy raz w zyciu TO dotyka tak bardzo.

to juz koniec. po prostu koniec.

 

ps. w tej sytuacji absurdalnie glupia pusta radosc, ze ojciec i ta glupia mloda ges odwolali slub.

 


zmalowała make-up 2010-07-16 18:58:14
skomentuj (0)

od weekendu do weekendu

 

zaczynam funkcjonowac jak wiekszosc normalnych ludzi na swiecie. podobno.
tj. od weekendu do weekendu.
zawsze smieszyla mnie filozofia "oby do piatku", jak tu mialaby nie smieszyc, jak pracuje sezonowo, a dwa, po prostu kocham swoja prace. prawda?

no wiec tak bardzo ta moja prace kochalam, ze az sie z tej milosci dokumentnie wypalilam.

i teraz... zyje od dnia wolnego do dnia wolnego. codziennie z bolem serca ide do pracy i z niecierpliwoscia czekam na koniec, na powrot do domu. i jakies zajecia indywidualne tudziez w podgrupach.

dzis mialam cudowny dzien wolny.
i juz robie plany na nastepny - jak bogowie pozwola, to za tydzien.

zaczynam myslec sobie, ze taki system jest zadziwiajaco normalny.
no i ratuje przed zgnusnieniem.

po dniu wolnym (basenik, ploteczki, wycieczki, zdjecia) naprawde mam ochote toczyc sie dalej do roboty. ma to wszystko najwyrazniej bardzo dobry skutek. jakbym odzyskala energie.

posiadlam tajemnice. zycie stalo sie nagle po prostu znosne.
w koncu do nastepnego wolnego, jak dobrze pojdzie, zostalo ledwo kilka dni!

hurra!



zmalowała make-up 2010-07-12 21:44:15
skomentuj (0)

dział promocji
stary blog archiwalnie 10.2003 - 11.2004
pstrykam niekiedy obrazki
blog drugi w sprawie kraju na T
hasło do archiwum wystarczy napisać
kopertka privatnie
poggadanki gg?

czytuję
pracuję nad tą kategorią ...